Wycieczki zagraniczne

Madryt - tu bije serce Hiszpanii

W majowy długi weekend postanowiłam wybrać się do Madrytu, zwłaszcza, że jak się później okazało, pogoda w Polsce nie rozpieszczała. Wiedziałam, że te kilka dni pobytu nie odda w całości uroku miasta, ale chciałam zasmakować choćby jego części.

Od początku wiedziałam, że moim celem będzie zwiedzanie miejsc, niekoniecznie rozsławionych w przewodnikach turystycznych i głównie tych, gdzie wstęp albo zwiedzanie jest darmowe lub na moją skromną kieszeń. Właśnie dlatego swoją wędrówkę po Madrycie rozpoczęłam od zahaczenia o ogromny madrycki park – Casa de Campo – droga do niego wiodła pośród malowniczych widoków, a wszystko to z perspektywy kolejki linowej, koszt przejazdu nie był na szczęście zbyt wysoki. Nieopodal parku znajduje się Parque de Atracciones – ogromne wesołe miasteczko, postanowiłam odwiedzić je jednak dopiero następnym razem.

Pierwszego dnia udało mi się jeszcze trafić do centrum (stąd do mojego hostelu było już tylko kilka przystanków metra) i zobaczyć Bramę Słoneczną – Puerta del Sol. Na placu znajduje się kilometr zerowy, czyli punkt, od którego liczy się wszelkie inne odległości w Hiszpanii. Szybko zorientowałam się, że to dobry punkt wypadowy do zwiedzania i postanowiłam wrócić tu następnego dnia.

Zrobiłam tak, jak zakładałam. Z Bramy Słonecznej dotarłam w parę minut do Plaza Mayor, który jest uważany za najpiękniejszy plac w hiszpańskiej stolicy – nad nim góruje pomnik Filipa III, który rozkazał wybudować plac w XVII wieku. Po męczącym spacerze postanowiłam przejść raz jeszcze przez Puerta del Sol, aby dotrzeć do klasztoru de La Descalzas Reales. Zarówno na zewnątrz, jak i w jego wnętrzach można podziwiać dzieła Rubensa, ale też Tycjana. Tutaj czas chyba przyśpieszył, bo ani się obejrzałam, a było już późne popołudnie – postanowiłam to, co mi pozostało dobrze spożytkować i przetransportowałam się do „madryckiej piotrkowskiej” - Gran Via – architektura tej ulicy szczerze mnie ujęła.

Na deser zostawiłam sobie corridę następnego dnia w Las Ventas. Rozrywka pasjonująca, acz brutalna – ceny biletów bardzo zróżnicowane, wzięłam najtańszy (4 euro), a i tak wyszłam po chwili. Resztę dnia spędziłam na rozkoszowaniu się typowo hiszpańskimi daniami i napojami w knajpach, w których ceny było niekoniecznie horrendalnie wysokie.

Madrytu z pewnością nie da się zwiedzić w kilka dni – potrzeba co najmniej miesiąca, aby zobaczyć ważniejsze zabytki i miejsca, nie czując przy tym goniącego nas czasu. Może wrócę tam w maju następnego roku? Serdecznie polecam!

Napisała: Magda

Komentarze

Dodaj komentarz