Reggio di Calabria jest miastem i gminą położoną w południowych Włoszech nad Cieśniną Mesyńską. Zostało ono założone w 720 roku p.n.e. jako Region i było kilkakrotnie dotknięte trzęsieniami ziemi – ostatnim w 1908 roku. Obecnie Reggio di Calabria słynie przede wszystkim z handlu owocami cytrusowymi.
Reggio di Calabria było miejscem, w którym zaczęliśmy i na którym zakończyliśmy podróż poślubną we Włoszech. Pierwszego i ostatniego dnia zatrzymaliśmy się w małym hoteliku położonym tuż nad morzem, tak więc widoki z okien były cudowne. Temperatura panująca w tym regionie Włoszech mocno mnie zaskoczyła, bo po wyjściu z samolotu zastanawiałam się, jak można wytrzymać taki gorąc przez 8 dni. Okazało się jednak, że to kwestia przyzwyczajenia pod warunkiem braku pośpiechu.
Myślę, że głównie przez klimat Włosi wszystko robią tak powoli i nawet kiedy zamawia się coś w sklepie, najpierw dokończą rozmowę ze znajomymi z pracy, a dopiero później zainteresują się klientem. Ale to im trzeba wybaczyć. Poniżej znajduje się kilka zdjęć wykonanych w drodze do hotelu - niektóre miejsca wyglądały na dość biedne, ale mimo wszystko miały swój klimat.
Ostatnie zdjęcie zostało zrobione z balkonu hotelu, niestety nie załapało się na nim morze, które było widać po lewej stronie. Widać jednak ulice po obu stronach, więc samochody było słychać nawet w nocy niemal non stop z powodu ich mody na trąbienie gdziekolwiek i kiedykolwiek było to możliwe.
Przy okazji przypomniało mi się, co na temat kierowców we Włoszech powiedziała nam nasza przewodniczka – dla Włochów zielone światło oznacza „możesz jechać„, a czerwone – „możesz się zatrzymać jak chcesz, ale nie musisz”. W związku z tym bez względu na kolor światła samochody jeździły jak chciały, a trąbić trzeba było nawet na jednokierunkowej tuż przed zakrętem, bo nigdy nie było wiadomo, czy z drugiej strony nie nadjedzie jakiś samochód. Auta we Włoszech, w szczególności w południowych górzystych terenach, są poobijane.
Wracając jednak do morza Tyrreńskiego, do plaży schodziło się po schodkach po drugiej stronie ulicy. Nie było tam zbyt tłoczno, z czego skorzystaliśmy w szczególności ostatniego dnia, kiedy to nasz lot opóźnił się o ok. 7 godzin. Wszyscy wyszli na tym dobrze, bo przez całą wycieczkę brakowało nam czasu na leniuchowanie i kąpiel. Chociaż z kąpielą nie było łatwo, bo właśnie tego dnia były ogromne fale i jak tylko weszło się do wody po kolana, wracało się wraz z falą na sam brzeg. Ale na takie widoki jak poniżej warto było czekać tym bardziej przy idealnej do tego pogodzie.
Napisała: Marta